poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Nowa strona i powrót do biegania po przerwie!

Zapraszam do zaglądania na mojego bloga na nowej stronie www.biegamwgorach.pl. Po dłuższej przerwie, spowodowanej kłopotami zdrowotnymi jest nowy wpis - o przyczynach i zaletach przerwy w bieganiu i najbliższym starcie w Biegu ultra Granią Tatr. Zapraszam! biegamwgorach.pl/blog.

czwartek, 19 lutego 2015

Trening zimą w Tatrach? Polecam narty i skitury

Od kiedy w Tatry przywitała zima, zaczęłam poważnie zastanawiać się nad sensem długich wycieczek górskich i niektórych treningów. Po prostu często nie ma możliwości pobiec dalej niż dolinami, wyżej niż 1500 metrów. Nawet codzienne bieganie na Drodze pod Reglami zamieniało się w człapanie. Raz kopny śnieg, raz lodowisko. Treningi na zaśnieżonych i oblodzonych ulicach, stały się niebezpieczne.

Rozumiem osoby, które przyjeżdżają pobiegać w Tatry zimą na parę dni. To świetna odmiana dla biegania po chodnikach w mieście. Parę treningów w kopnym śniegu – świetna sprawa. Ale mieszkając tu na co dzień, realizowanie sensownego treningu zaczyna być męczące. I tak właśnie odkryłam skitury!

Co mogę powiedzieć po paru treningach skiturowych? Po pierwsze w Tatrach są przepiękne trasy do takich wędrówek, dobrze oznakowane, na których nie powinni pojawiać się piesi turyści. To że się czasami pojawiają, to odrębny temat. Czy wiecie, że jest ich ponad 200 km i uznawane są za jedne z najpiękniejszych w Europie? Właśnie ze względu na dzikość przyrody i przepiękne widoki (Tygodnik Podhalański, Nr 6/1300, str. 1 i 24).

Część szlaków dostępna jest tylko pod górę, a zjeżdżać można trasą zjazdową (np. z Kasprowego), co powoduje, że osoby początkujące mają gdzie zaczynać. Ponadto w porównaniu np. z Alpami w Tatrach nie ma lodowców, co jeszcze zwiększa atrakcyjność i dostępność tras.
Nie wiem jeszcze, jak przełożą się skitury na formę biegową, ale niewątpliwie jest to bardzo mocny trening siłowy, i na podchodzeniu i podczas jazdy w dół. Ponad dwugodzinne podchodzenie w nartach na Kasprowy, + 1000 metrów przewyższenia naprawdę robi swoje. Zjazd jest jeszcze bardziej obciążający, czwórki pracują dużo intensywniej i mocniej niż na zbiegach, a im trudniejszy teren, tym nogi bardziej dostają w kość. Można powiedzieć – palą aż do łez.

Nie miałam świadomości, jak taki trening obciąża nogi i zafundowałam sobie skitury w ciągu dwóch dni przed zawodami biegowymi. Efekt był taki, że na biegu w ogóle nie miałam mocy. To tak, jakbym siedziała kilka godzin na siłowni i ćwiczyła nogi, plecy i ramiona, a następnego dnia wzięła udział w zawodach.  Jako osoba początkująca, ale która bardzo dużo biega w górach, mimo wszystko po każdym treningu skiturowym, następnego dnia czuję, że zrobiłam solidny, siłowy trening.

I najciekawsze, odkąd biegam, zawsze lubiłam biegać zimą, w górach przede wszystkim, po białym, miękkim puchu, albo po lodzie. Teraz uważam, że w sytuacji, gdy śnieg jest po kolana, bieganie w górach po prostu staje się mniej efektywne. Zrobimy dużo lepszy trening zakładając buty narciarskie. :)

Trening skiturowy - Kasprowy Wierch

Poniżej przedstawiam zasady poruszania się na nartach w Tatrach (źródło: www.tpn.pl).

  • Turystyka narciarska może być uprawiana tylko wtedy, gdy pokrywa śnieżna zabezpiecza roślinność i glebę przed oddziaływaniem narciarstwa.
  • Pierwszeństwo mają zawsze piesi oraz osoby podchodzące na nartach.
    Powyżej górnej granicy lasu turystykę narciarską można uprawiać z odstępstwem od przebiegu letnich szlaków, ale tylko wtedy, gdy przejście szlakiem zagrażałoby bezpieczeństwu, głównie z powodu zagrożenia lawinowego.
  • Część szlaków narciarskich jest jednokierunkowa, tam należy się poruszać zgodnie z określonym kierunkiem.
  • Obowiązujące przepisy zabraniają podchodzenia nartostradą, która ma służyć wyłącznie do zjazdu. Poruszanie się w przeciwnym kierunku stwarza niebezpieczeństwo zarówno dla zjeżdżającego, jak i podchodzącego.
  • Po szlakach narciarskich  wolno poruszać się wyłącznie na nartach.
  • Szlaki turystyczne Myślenickie Turnie – Kasprowy Wierch oraz Dolina Gąsienicowa (Dolina Sucha Stawiańska) – Liliowe udostępnia się wyłącznie do podejścia, ponieważ są położone  w bezpośrednim sąsiedztwie tras narciarskich, którymi łatwo można zjechać.
  • Trzeba także pamiętać, że od 1 grudnia do 15 maja zamykane są dla ruchu turystycznego, a więc również dla turystyki narciarskiej następujące odcinki szlaków turystycznych:
    • Przełęcz w Grzybowcu – Wyżnia Kondracka Przełęcz
    • Dolina Tomanowa – Chuda Przełączka
    • Dolina Pięciu Stawów Polskich – Świstówka Roztocka – Morskie Oko
  • Na szlakach turystycznych obowiązuje ruch prawostronny. Dotyczy to szczególnie szlaków prowadzących dolinami, gdzie panuje duży ruch turystyczny.
  • W okresie od 1 kwietnia do 30 listopada wszystkie szlaki turystyczne są zamknięte od zmierzchu do świtu.
  • Przed wyjściem w Tatry w okresie zimowym zawsze należy sprawdzić aktualny stopień zagrożenia lawinowego oraz zapoznać się z zaleceniami dotyczącymi uprawiania turystyki dla danego stopnia zagrożenia. Należy również sprawdzić komunikat turystyczny TPN. Wędrowanie w zimie po tatrzańskich szlakach wymaga odpowiedniej wiedzy, używania sprzętu i wyposażenia umożliwiającego poruszanie w takich warunkach, a także umiejętności oceny zagrożenia lawinowego w terenie. Zawsze można również skorzystać z usług uprawnionego przewodnika.
  • Turystykę narciarską można również uprawiać na trasach narciarskich, ale po ich uruchomieniu. Podchodząc, należy poruszać się wzdłuż krawędzi trasy. Nie wolno podchodzić jej środkiem czy też robić szerokich zakosów. Trasę podejścia należy dobrać tak, by nie kolidowała ona z trasą narciarzy zjazdowych.

środa, 11 lutego 2015

Jak biegać w Tatrach zimą?

W Tatry przywitała prawdziwa zima, na Kasprowym 160 cm śniegu, w Zakopanem pół metra, zasypane chodniki, ulice. I jak tu biegać?

Rok temu o tej samej porze śniegu było jak na lekarstwo, w Tatrach panowała wiosenna, słoneczna pogoda.

W tym roku jest inaczej, czyli normalnie. Od czterech tygodni próbuję biegać według jakiegoś regularnego planu, ale pogoda płata figle. Po powrocie z Kanarów, w pierwszej połowie stycznia, wszędzie był lód. Nie tylko nie dało się szybko biegać, z ledwością można było człapać na Drodze pod Reglami. Żeby jako tako biegać, niezbędne okazały się raczki. Zakupiliśmy szybko raczki firmy CAMP. 

Potem spadł śnieg, najpierw tylko trochę, co sprawiło, że na chwilę można było sensownie potrenować, ale śniegu zaczęło przybywać i przybywać i o bieganiu znowu nie było mowy! Sytuację ratowali liczni turyści, którzy już od rana udeptywali szlaki i można było biec wąskim, o wysokości pół metra, torem.

W końcu z Justyną Żyszkowską, organizatorką Biegu ultra Granią Tatr i świetną trenerką narciarską, wybrałam się na skitury. To najrozsądniejsze, co można zrobić w taką pogodę, pod warunkiem jednak, że cały dzień nie sypie śnieg i na górze jest jako taka widoczność. Po dwóch dniach ładnej słonecznej pogody i udanych treningów skiturowych, zaczęło tak sypać, że nie było już mowy ani o bieganiu ani o nartach. Wtedy do dyspozycji została... bieżnia mechaniczna! A ja wreszcie przypomniałam sobie jak się szybko biega! :)

Podsumowując ostatni miesiąc treningów w Tatrach:

12 - 18 stycznia: 108 km, + 3.500 m, 13 godz. - samo człapanie, trochę podbiegów
19 - 25 stycznia: 98 km, + 3.400 m, 12 godz. - wybiegania, podbiegi i cross w drugim zakresie 10 km
26 stycznia - 1 lutego: 73 km, + 2.300 m, 8,5 godz. - wybiegania, podbiegi, cross 2 - 10 km
2 lutego - 8 lutego: 90 km, +2.900 m, 11,5 godz. - skitury, podbiegi, wybieganie, cross 2 - 6 km.

Widać ewidentną tendencję spadkową w kilometrażu biegania :) Nie poddajemy się jednak, a zamiast czekać na wiosnę, jedziemy po nią na Gran Canarię! Czy to jest właściwa opcja? ;)


Wybieganie w Tatrach, Sarnia Skała

Więcej fotek z zimowych treningów w Tatrach znajdziecie TUTAJ.

wtorek, 13 stycznia 2015

Fuerte

05/01 - 11/01 [Fuerte] (119,5/11:45/1050)

Ostatni tydzień na Furecie to już bieganie na zmęczeniu i zmęczeniu panującym tu wiatrem.
Mimo to zrobiłam dwa treningi szybkościowe, chociaż przy tak mocnym wietrze i pagórkowatym terenie, to były raczej crossy. Odpoczywałam też od wulkanów i biegałam więcej wzdłuż wybrzeża.

pon: 16,5 wybieganie + 6,5 roztruchtanie wieczorem
wt: 7,5 regeneracja
śr: 21, w tym 11 BC2
czw: 18 wybieganie po wulkanach + 8 roztruchtanie wieczorem
pt: 10,5 wzdłuż wybrzeża i po plaży regeneracja
sob: 14 wybieganie po wulkanach
niedz: 17,5, w tym 10 BC2

Razem: 119,5 km, +1050, 11:45. W sumie w 20 dni nabiegałam 400 km, zrobiłam 6 mocnych treningów i zjadłam dobre 80 kg pysznych, świeżych owoców :) O dziwo nic mnie nie boli i nie czuję wielkiego zmęczenia.

W tym tygodniu jestem już w Tatrach, przywitały mnie piękna słoneczna pogoda i świeżo napadany śnieg. Jednak lepiej mi się tu biega niż na Fuercie, nie potrafię tego wytłumaczyć, może to kwestia bardziej urozmaiconego krajobrazu i terenu. Plan na najbliższe tygodnie to siła biegowa i oczywiście zejście z kilometrażu na rzecz większego przewyższenia.

A tak było jeszcze w zeszłym tygodniu :)

Trening wzdłuż wybrzeża o świcie

wulkan Calderon Hondo


Kozy pasące się na wulkanie Bayuyo. Nie mam pojęcia, czym one się tu żywią :)


Moje codziennie posiłki składały się głównie z owoców: pyszna dojrzała papaya, mango, granaty, pomarańcze, banany, melon, kiwi. Te owoce smakują inaczej niż w Polsce :)




Pożegnanie Fuerte - plaża w Corralejo

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Fuerte

29/12 - 04/01 [Fuerte] (140/16:23/2831)


Kolejny tydzień na Fuerte, kolejne kilometry w nogach. Moje ciało na razie bardzo dobrze znosi 140 km tygodniowo i czasami dwa treningi dziennie. Muszę przyznać, że wieczorne spokojne bieganie regeneruje bardziej niż siedzenie na kanapie, czy nawet rozciąganie. Po powrocie w Tatry ciężko mi będzie zmusić się do wyjścia wieczorem na przebieżkę, dlatego chyba zmienię schemat: rano kilka kilometrów z psem, w południe właściwy trening.

W minionym tygodniu było tak:

pon: 15,5 km po wulkanach
wt: 20 km, w tym 10,5 BC2
śr: 21 km po wulkanach
czw: 17,5 km po wulkanach
pt: 16 km, w tym 10 BC2 + 8 km regeneracja wieczorem
sob: 13 km trekking na Pico de la Zarza
niedz: 28,5 km po wulkanach

Razem: 139,5 km, +2831, 16:23.


Fot. Mauko Wolska

Pico de la Zarza. Fot. Mauko Wolska

wulkan Las Calderas

Stado kóz na wulkanie Bayuyo

wulkan Calderon Hondo

niedziela, 28 grudnia 2014

Tatry - Fuerteventura

8 - 21/12 [Tatry] (118/13/2900)

Ostatnie dwa tygodnie w Tatrach to była porażka, szykowałam się do Krakowskiego Biegu Świetlików 13 grudnia, ale przez szybkie interwały po śniegu, lodzie i w mrozie nabawiłam się przeziębienia i zamiast startu miałam 5 dni bez biegania. Po wykurowaniu się zostało tylko klepanie kilometrów po oblodzonej drodze pod Reglami i wycieczki w Tatry, ale nie za wysoko, bo bardzo wiało. Zaliczyliśmy dwie fajne wycieczki z Łukaszem i Justyną do Doliny Chochołowkiej, a następnego dnia z Cyhrli do Wodogrzmotów.
W sumie przez ostatnie dwa tygodnie w Tatrach udało się nabiegać tylko 118 km, +2900 m.

Musiałam coś zrobić, żeby nie zwariować i zacząć normalnie biegać. Zaczęłam myśleć o wyjeździe na Kanary w lutym-marcu... Ale nagle mnie olśniło, mogę przecież jechać już teraz! Szybka decyzja, zmiana planów świąteczno-sylwestrowych i już mam bilet na Fuerteventurę na 3 tygodnie, a zaraz potem lecę już do Mauko, która siedzi na Fuercie od listopada, a zapraszała mnie już bezskutecznie wcześniej.

22 - 28/12 [Fuerteventura] (140/15/2860)

To był strzał w dziesiątkę! Przytulna portowa miejscowość Corralejo na północy wyspy. Ciepło, ale nie za gorąco, 20-22 stopnie, bezchmurne niebo i wiatr, dzięki któremu da się długo biegać i nie trzeba martwić się o brak wody. Od razu odżyłam. Najpierw musiałam się zaaklimatyzować (gdy wyjeżdżałam w nocy z Zakopanego był mróz i śnieżyca) i odespać, a potem mogłam zacząć trening, taki mój wymarzony.

Wybiegania i biegi regeneracyjne robię na okolicznych wulkanach, które mają do 300 m wysokości i wijącej się wzdłuż nich pofałdowanej, szutrowej drodze z widokami na ocean i sąsiednie wyspy. W czwartek byłam z Mauko na południu wyspy i pobiegłam z plażowej miejscowości Morro Jable na najwyższy szczyt Fuerte Pico de la Zarza (812 m). Biegi ciągłe w drugim zakresie (BC2) robię na drogach wijących się wzdłuż plaż.

pon: 16 km aklimatyzacja, poznaję okoliczne wulkany
wt: 18 km, w tym 10 km BC2
śr: 14 km regeneracja + 6 km roztruchtanie wieczorem
czw: 17 km, +850 na Pico de la Zarza + 5 km roztruchtanie w Puerto del Rosario
pt: 15 km, w tym 13 km BC2 (w el Cotillo) + 12 km regeneracja (z Lajares do Corralejo)
sob: 17 km regeneracja
niedz: 21 km, + 650, na przełaj po wulkanach: Bayuyo, Las Calderas, Caldera Encantada, Calderon Hondo

Razem: 139,6 km, +2860, 14:53.

na Pico de la Zarza

Pico de la Zarza

w drodze na Pico de la Zarza

wulkan Bayuyo

widok z wulkanu Bayuyo na wulkany Las Calderas i Caldera Encantada

Tatry w połowie grudnia




wtorek, 9 grudnia 2014

zimowo treningowo

1-7/12 [Tatry] (75/9/2600)

Poprzedni tydzień niestety tylko 75 km, +2600 m i 9 godz treningu. 3 dni bez biegania i zero szybkości, a to wszystko przez wyjazd służbowy do Warszawy i Bytomia i 3 dni wyjęte z życiorysu.
Ale nie ma tego złego! Zregenerowałam się i miałam dwie super wycieczki biegowe w Tatrach, z Justyną Żyszkowską na Grzesia i Rakoń (27 km) i z Łukaszem po jakiś nieznanych terenach (21 km).

Regeneracja się przydała, bo w tym tygodniu już 45 km na liczniku i udało się nawet zrobić interwały po śniegu i lodzie :) W tym tygodniu czeka mnie jeszcze Krakowski Bieg Świetlików, taki mocniejszy trening a w niedzielę pewnie jakaś dłuższa wycieczka w Tatry. Ten tydzień zapowiada się więc bardzo ciekawie :)
 
A teraz trochę fotek z zeszłego tygodnia. Tak było w czwartek

Zabawa na Grzesiu

Zabawa na Rakoniu

Fot. Justyna Żyszkowska


A tak w sobotę 

Żeby nie było nudno - poznwanie nowych terenów :)

niedziela, 30 listopada 2014

treningowo - zima zaskoczyła biegaczy

24-30/11 [Tatry] (110/11/2650)

Ten tydzień w Tatrach uświadomił mi brutalną prawdę, że to koniec treningów szybkościowych.
Jedynymi miejscami, gdzie jest w miarę płasko i można spokojnie i bez zakłóceń (bez narażania się na setki turystów albo samochody) zrobić mocny trening, to Stadion Biathlonowy w Kościelisku lub stadion lekkoatletyczny COS'u w Zakopanem.

Gdy spadł pierwszy śnieg, pierwsze co przyszło mi do głowy, to odśnieżyć sobie (i przy okazji zrobić niezły trening siłowy) stadion w Kościelisku. Szybko jednak olśniło mnie, że to stadion biatlonowy! Przecież latem w każdy weekend ćwiczyły tam dzieciaki na nartorolkach, a teraz będą jeździć na nartach! Odśnieżanie tego stadionu to syzyfowa praca, a poza tym... ośnieżanie stadionu biatlonowego? To jak odladzanie lodowiska.

Stadion COS'u. Pamiętam jak w 2011 roku zimą zrobiono tam tor łyżwiarski. Obecnie, gdy spał śnieg, nikt go nie usunął - to informacja z piątku.

Mój plan treningowy oparty na dwóch treningach szybkościowych w tygodniu legł zatem w gruzach. A przez nagłą zmianę aury nie zdążyłam opracować planu B. W tym tygodniu nie zrobiłam więc żadnych sensowniejszych treningów, wszystko to był chaos i żywioł.

Z mocniejszych akcentów to:
- środa: nieudane interwały na szosie do Chochołowa,
- czwartek: mocniejsze wybieganie w Tatrach, 15 km plus wieczorne roztruchtanie 9 km,
- sobota: wybieganie na Drodze pod Reglami z mocniejszymi podbiegami, 13 km,
- niedziela: wybieganie 16 km.
- poniedziałek, wtorek i piątek to spokojne bieganko na Butorowym i Drodze pod Reglami.

W sumie prawie 110 km, 11 godz i + 2650 m. Udało się przynajmniej zrealizować plan zwiększania kilometrażu w porównaniu z zeszłym tygodniem.

A to parę fotek z treningów:

Tak było jeszcze w poniedziałek.


 A to już środa i kolejne piękne dni :)





niedziela, 23 listopada 2014

treningowo

17-23/11 [Tatry] (90/10/2500)

W tym tygodniu 90 km, + 2500 m i ponad 10 godz, mimo, że opuściłam jeden dzień, czyli zgodnie z założeniem więcej niż w poprzednim tygodniu.

Udało się też zgodnie z planem zrobić 3 mocne akcenty, choć ból zatok mnie trochę męczył, ale przeszło po czterysetkach :)

środa: interwały tempowe 4 x 2 km
sobota: rytmy 12 x 400/400
niedziela: Czerwone Wierchy, 20 km i +1600 m

To się nazywa udany tydzień treningowy, a dzisiaj na górze było tak!









niedziela, 16 listopada 2014

treningowo

10 - 16/11 [Tarty]  (85/8:30/1900)

Powoli zaczynam zwiększać obciążenia po roztrenowaniu i robić szybkość.
W tym tygodniu już 85 km (poprzednio: 67 km, 55 km), + 1900 m, 8,5 godz.
i 3 mocne akcenty:

- we wtorek: 11,16 km w tempie 4:28, +200 m - start w Niepodległościowej Jedenastce
- w sobotę (miał być piątek): 18 km w tym 12 x 400/400 po 1:26 - 1:30
- w niedzielę: wybieganie w Tatrach 23 km, + 900 m.

W grudniu zamierzam dojść do 100 km, a potem zobaczymy :) Na razie muszę zrobić coś, żeby puściły pośladki i dwójki, one się chyba tak spinają od szybkiego biegania.


Dolina Chochołowska z niedzielnego wybiegania


środa, 12 listopada 2014

Niepodległościowa Jedenastka

W Święto Niepodległości tradycji musiało stać się zadość. Miałam to wyboru dwa biegi - w Zakopanem płaska dyszka po Krupówkach i okolicy i w Białym Kościele pod Krakowem - niepłaska Niepodległościowa Jedenastka (11,11 km).

Pojechaliśmy z Łukaszem do Białego Kościoła poznać nowe tereny. To był super wybór! Świetnie zorganizowany bieg. Wystartowało ponad 600 biegaczy, aż dziw, że lokalny bieg, odgrywany po raz trzeci zgromadził taką liczbę uczestników. Było przepięknie, ciepło, słonecznie i bardzo bardzo malownicza trasa w Dolinie Prądnika.

Łukasz biegł ze mną i miał trzymać równe tempo, ale się nie dało. Trasa była pofałdowana, a raczej składała się z 2-kilometrowego stromego zbiegu, następnie z prawie 6-kilometrowego podbiegu, a potem jakieś nierówności po łące; częściowo asfaltowa, częściowo utwardzona i trochę polną drogą z błotem, na której glebę zaliczył zawodnik tuż przede mną tak, że prawie go przeskoczyłam. Pobiegłam z pewnym zapasem, w tempie i tętnie, jakim biegam biegi ciągłe w terenie crossowym, czyli średnie tętno 163 i tempo 4:28, a na finiszu 3:20. Z takiego finiszu jestem bardzo zadowolona :) Zadowolona też jestem z faktu wyprzedzenia w drugiej połowie biegu dwóch biegaczek, do trzeciej nie miałam szans..., 4 miejsca w open Kobiet i 1 miejsca w kategorii Adwokatów, a raczej Adwokatek.

Przebieg trasy znajduje się TUTAJ. A na filmie można zobaczyć, jak piękna to była trasa :)

Tym startem rozpoczęłam mój czterotygodniowy plan treningowy do płaskiej dyszki w grudniu (oby była płaska! :)), który będzie się składał z dwóch akcentów: szybkości (10-12 x 400) i interwałów tempowych.
Zobaczymy co z tego wyjdzie :) W każdym razie listopad w Tatrach na razie jest przepiękny, ciepły, suchy i póki nie raczy nas śniegiem można trenować szybkość :)



Na długim podbiegu wyprzedziłam dwie dziewczyny
Finisz

Finisz



Wyniki biegu znajdziecie tutaj.

A w skrócie.
Open Kobiety:
1. Agnieszka Cader (Zabierzów Biega)
2. Ewa Kucharska (MKS Iskra Pszczyna/CA)
3. Ugrunkuk Oksana (Ukraina)

Open Mężczyźni:
1. Bogdan Semenowycz
2. Andrzej Lachowski (AZS AWF Masters Kraków)
3. Oleksandr Łabziuk (Achilles Leszno/ Kłos Winninca)

sobota, 25 października 2014

Alpy. Trento i Chamonix

Nasza wyprawa w Alpy była przede wszystkim spontaniczna, chcieliśmy po prostu wyjechać w większe góry niż Tatry, niewiele się zastanawiając gdzie konkretnie będziemy biegać. 5 dni spędziliśmy w Trento u mojej przyjaciółki, która mieszka tam 10 lat (szczęściara!). Przepiękne włoskie miasteczko w dolinie na pograniczu Dolomitów (na wschód) i Alp Retyckich (na zachód). 

Poznaliśmy piękne szlaki w okolicy, pnące się stromo ścieżki na La Marzole (1.738) z widokiem na Dolomity. Udaliśmy się też do doliny Val di Sole (Dolina Słońca). Z Peio, narciarskiej miejscowości położonej na wysokości 1.600 metrów, która o tej porze roku jest całkowicie wyludniała, udaliśmy się na Monte Vioz (3.645). Nie dotarliśmy na szczyt z powodu nagłego załamania pogody, ale i tak mogliśmy podziwiać przepiękne widoki na Dolomity po jednej i Alpy Retyckie po drugiej stronie z wysokości 3.400. Na pewno tam się jeszcze wybierzemy!

W piątek udaliśmy się do Chamonix pod namiot na camping Les Deux Glaciers, jedyny czynny o tej porze roku. Camping pod dwoma lodowcami, jak sama nazwa wskazuje i pod masywem Mont Blanc, na wysokości 1000 metrów. Pod namiotem śpię od dzieciaka, także deszcz, woda w namiocie i zimno na zewnątrz mnie nie przerażają. Pogoda była dobra do wtorku. Tzn w nocy było ok 0 stopni, co poznaliśmy po zamarzniętym żelu do mycia. W dzień słonecznie, aczkolwiek pierwszy poranek nas bardzo zaskoczył. W Chamonix pod koniec października słońce pojawia się ok. godz. 12, także pierwszego dnia po wychyleniu głowy z namiotu byłam lekko załamana. Szaro, mokro i zimno. Ale gdy tylko na południowych stokach po drugiej stronie doliny pojawiły się pierwsze promienie słońca ruszyliśmy trasą UTMB na Le Brevent (2.525) górującą nad Chamonix. Przepiękny nasłoneczniony szlak z cudnymi widokami na masyw Mont Blanc.

W kolejne dni biegaliśmy wokół Mont Blanc krętymi kamienistymi szlakami i pięknymi dolinkami. Mont Blanc niestety pozostał dla nas tym razem niedostępny. Pogoda pod koniec października nie sprzyja takim wyprawom, a chcieliśmy go zdobyć w jeden dzień. Następnym razem :)

PS. Następny nasz wyjazd w te rejony (a na pewno będzie!) raczej samolotem, choć podróżowanie samochodem też ma swoje uroki i daje poczucie niezależności. Nie mniej jednak spłukaliśmy się głównie na benzynie i autostradach (przede wszystkim przez Włochy). Dodatkowo przejazd tunelem 11 km pod Mont Blanc z Courmayeur do Chamonix kosztował nas 50 euro za tunel i 120 euro mandat (ach te radary bez uprzedzenia!) za przekroczenie prędkości o 19 km/h. Przy okazji dowiedziałam się, że Włosi mają tam taryfę ulgową i mogę jechać szybciej. Powrót przez Francję, Szwajcarię, Niemcy i Austrię był dużo tańszy niż jazda przez Włochy.
 

Trasa pod Mont Blanc między dwoma lodowcami na wysokości 2.000. Miejsce zwane la Jonction
Szlak na Monte Vioz (3.645). Od 3000 śnieg, nieprzetarty szlak, w którym brnęliśmy po kolana.
Pod Nid d’Aigle (2.362) dokąd można dojechać tramwajem Tramway du Mont-Blanc
Col du Mont Lachat (2134)
Z tyłu przepaść z lodowcem
Z tyłu tory tramwaju du Mont Blanc
Koziorożec alpejski

niedziela, 21 września 2014

Pierwsza setka - ta łatwiejsza większa połowa. Cz. 3


Pierwsza, większa połowa jest dużo łatwiejsza niż druga.


Przed startem 

Przepaki przygotowane. W każdym po 8 kulek orzechowo-daktylowych, 2 lub 4 żele, po dwie 0,5 litrowe butelki z izotonikiem i cola. Biorę ogromną ilość jedzenia, mam w pamięci odcięcie na MGS i bardzo chcę tego uniknąć. Zamierzam co pół godziny wcinać jedną kulkę lub żela.

Nie biorę do przepaków żadnych ubrań czy butów na zmianę, jak radzą niektórzy zaprawieni w ultra znajomi. Biorę tylko pas biodrowy, a nim 7 kulek, 2 żele i kurtka na pierwszy odcinek trasy. Kasza jaglana na kolację z musem jagodowym. Wystarczy tylko pójść spać o 18 i obudzić się jak nowo narodzona o 1.30 w nocy. No właśnie, nie mogę zasnąć mimo, że nie myślę o biegu i w ogóle się nim nie stresuję. Na nic zdało się przestawianie organizmu przez ostatnie kilka dni i chodzenie spać o 18-19. Zasypiam w końcu o 23 i budzę się o 1 w nocy. Dobre i to. Błażej z Krzychem spali jeszcze mniej, a my urządziliśmy im z Łukaszem wesołą pobudkę. Błażej ledwo wstaje zdziwiony, że musi jeszcze przebiec 100 km, bo właśnie mu się śniło, że już z Krzychem dobiegli. Ten sen okazał się proroczy. Forrest swoim zwyczajem roznosi wszystkim buty po pensjonacie. W dobrych nastrojach jedziemy w ciemną noc na start.

 
Kulki orzechowo daktylowe i mus jagodowo-kokosowo-daktylowy. Pycha!

Od startu do Rytra

Zaczynam wolno. Powtarzam jak mantrę słowa Marcina Świerca i Błażeja, „jeśli wydaje Ci się, że biegniesz wolno, to jeszcze zwolnij”. Wydaje mi się, że wolniej już się nie da! Oddech spokojny, pierwszy zakres. Magda Łączak i Ewa Majer wyrywają do przodu, nawet na nie nie patrzę, biegnę swoje. Gdy wbiegamy do lasu ze zdziwieniem spostrzegam, że większość biegaczy nie ma zwykłych czołówek. Oni mają lampy halogenowe! Po chwili orientuję się, że to jednak z moją czołówką jest coś nie tak. Świeci jakby chciała, a nie mogła. Nie zmieniłam baterii. Pierwsza moja organizacyjna wpadka. Na szczęście pierwsza i ostatnia. Super jak na debiut w ultra. Zbiegam jak pokraka, wpadając w każde błoto i lądując w prawie każdej kałuży, czekając na upragniony świt. Noc jest ciemna, nie ma księżyca, widać za to przepiękne gwieździste niebo. Zatapiam się w tej ciemności.



Na zbiegach do Hali Łabowskiej próbuję się podczepić do szczęśliwego posiadacza latarki-halogenu, ale wszyscy mi uciekają. Wyprzedza mnie Justyna Frączek. Mijamy się tak parę razy do Rytra zamieniając kilka zdań. To 3 start Justyny na tej trasie, a jej najlepszy wynik to 12:30. Czyli nie biegnę za szybko.

Na Jaworzynę Krynicką większość trasy podbiegam bardzo wolnym truchtem. Do Rytra wszystkie podbiegi wydają się dziecinnie proste, czego nie będzie można powiedzieć o dalszej części biegu. 

Myślę, jest dobrze, nawet bardzo dobrze. Ale wiem też, że wszystko może się jeszcze zdarzyć. Właśnie się zdarza. Za Halą Łabowską wpadam po kostki w wielką kałużę i ląduje na tyłku w błocie, każdy but waży teraz o pół kg więcej. Super, to już najgorsze za mną, teraz będzie tylko lepiej. Oj, nawet nie wiem, jak bardzo jestem w błędzie!


Biegnący B7D już 3 raz Henio Sobczak (skończył w 10:51). Nie posłuchałam jego rady, żeby wziąć do przepaków ubrania i buty na zmianę


Na zbiegu do Rytra zaczynam czuć ból w lewym kolanie pod blizną, który rozprzestrzenia się na bok kolana. Nie zamierzam jednak schodzić z trasy, ale nie jest to dobry prognostyk na jeszcze ponad 60 km biegu... Pożyczam tabletkę przeciwbólową od poznanego biegacza i pocieszam się, że będzie dobrze. Jednak ból mnie spowalnia. Na pierwszym przepaku w Rytrze Justyna znowu jest tuż za mną. 

W punkcie pomaga mi Tata i sugeruje pełen obaw o moje zdrowie, abym z powodu kolana zeszła z trasy. Odrzucam taką możliwość natychmiast, zanim zdąży zakiełkować w głowie i zasiać wątpliwości. Tym bardziej, że dowiaduję się, że Ewa Majer zrezygnowała, a ja jestem teraz drugą kobietą, za Magdą Łączak. To mnie uskrzydla. Postanawiam walczyć do końca, nawet jeśli miałabym to okupić kontuzją trwającą do końca sezonu. W Rytrze mam czas 3:43, lepszy o 17 minut niż planowałam, rokujący na złamanie 12 godzin. Czy to się może udać?


Magda Łączak wbiega do punktu w Rytrze, nawet się tam nie zatrzymując. Fot. Jerzy Łyjak

Błażej w Rytrze w doskonałym humorze. 5 min. przede mną

Ból kolana zakłóca mój bieg jeszcze przed pierwszym punktem. Fot. Jerzy Łyjak

 

No i jest... pierwszy kryzys

Za Rytrem dopinguje mnie Józek Pawlica i biegnie chwilę ze mną. To bardzo pomaga, ale czuję się wtedy jeszcze bardzo dobrze. Dopiero na podbiegu a raczej podejściu na Przehybę dowiaduję się po raz pierwszy, czym jest kryzys. Nie mam nawet 40 km w nogach, a bieg już daje mi się we znaki. Kryzys trzyma mnie od godz. 6 do 8.
  
Teraz wiem, co znaczy mądre powiedzenie, że głowa nie chce współpracować z nogami. Moja głowa robi się ciężka jak ołów i chce iść spać, przerwać bieg i położyć się gdzieś na trawie, mimo że nogi rwą się do przodu. Zadania nie ułatwia strome, nie kończące się podejście, na którym nie da się biec i tempo jest bardzo wolne. Na wypłaszczeniach daje się coś potruchtać i głowa jakby załapuje, o co tutaj chodzi. Cały odcinek do Przehyby przemierzam z poznanym na trasie biegaczem, z którym sobie miło gawędzimy (ostatecznie wyprzedził mnie na ostatnim zbiegu do Krynicy). 

Dowiaduję się wtedy, że pierwsza setka jest najłatwiejsza, bo nie wiem, co mnie czeka. Genialne! Powtarzam sobie, że kryzys na pewno minie. Jak tylko pojawi się słońce, od razu się obudzę. Oszukuję siebie, że to wcale nie z powodu braku snu, tylko jakiś leń mnie złapał. O dziwo to pomaga. Pomaga też myślenie o wszystkich, którzy właśnie wstają z łóżek i zamierzają w tę pięknie zapowiadającą się, słoneczną sobotę, zasiąść przed telewizorem. A my od 3 w nocy biegniemy po górach, napieramy i nie poddajemy się żadnym kryzysom. Tacy z nas mocarze! 

Przypominam sobie, kiedy biegłam ten odcinek w ciepły kwietniowy dzień, z ciężkim, napakowanym jedzeniem plecakiem i Forrestem, jak wtedy było mi ciężko, a ja nie mogłam doczekać się dotarcia do schroniska. Jakże teraz wszystko jest inne... Wtedy było ciężko?

Przed Przehybą na Wietrznych Dziurach, gdy tylko pojawiają się pierwsze promienie słońca, kryzys przechodzi tak szybko, jak się pojawił. Teraz czuję się naprawdę dobrze, mam siły, głowa nie boli. Przed nawrotką mijamy się z Błażejem, który wesoły biegnie już w dół. Wcześniej mijam Łukasza ze zdziwioną miną na mój widok i kilku innych kolegów ultrasów, którym depczę prawie po piętach, myśląc, że to niemożliwe, żebym była tutaj tak szybko! Gdy jestem już za schroniskiem na Przehybie widzę biegnące do punktu dziewczyny: Justyna Frączek, Żaneta Bogdał. Są ok. 5 min za mną, ale nie przejmuję się tym zupełnie.


Do Piwnicznej. Znużenie biegiem

Do Piwnicznej (66 km) biegnie mi się super, znam trasę, podziwiam widoki, jest piękna słoneczna pogoda. Na Radziejową wbiegam, prawie nie zauważając żadnego podbiegu. Zgodnie z planem co pół godziny wcinam orzechowo-daktylową kulkę, w zasadzie połykam je w całości, bo na słodkie nie mogę już patrzeć. Wyprzedzam kolejnych biegaczy, którzy krzyczą, że dobrze mi idzie, żebym biegła dalej spokojnie tym tempem i będę drugą kobietą. Nadaj wszystkie podbiegi pokonuję biegiem. 

Na ostatnim 6 km zbiegu do Piwnicznej łapie mnie kryzys mentalny. Szczerze? Zaczyna mi się ta zabawa nudzić. A tu jeszcze maraton przede mną! Ta zabawa jest fajna tylko dla tych, którzy pokonują 100 km w 10 godzin. Jeszcze ponad 4 godziny biegu? Masakra. Zagaduję dosłownie każdego mijanego biegacza, pytam o bieg, doświadczenia w setkach, opowiadam swoje przeżycia, już nawet nie pamiętam, co tam plotę, aż jeden z biegaczy mówi wprost, że nie życzy sobie żadnych rozmów podczas biegu i ucieka w dół. 

Gadanie z ludźmi pozwala mi jednak przetrwać kryzys mentalny. Zagaduję też wszystkich mijanych turystów, pytam grzybiarzy o zbiory, w tym roku wysypały rydze. Uwielbiam rydze! Po biegu Błażej oświecił mnie, że przez to gadanie (a im dalej, tym bardziej się nasilało, co gorsza przekształcało się w krzyk, płacz a nawet śpiewanie) traciłam mnóstwo cennej energii. Być może.


Magda Łączak na zbiegu do Piwnicznej, jak powiedział Błażej: "wyprzedził mnie mały, szybki pocisk". Osiągnęła czas 10:20, zdobywając złoto w Mistrzostwach Polski 


Goniąca mnie Żaneta Bogdał, była w Piwnicznej 3 min. za mną
 

W dobrym nastroju dobiegam do Piwnicznej. To wszystko jest za proste, gdzie ten ból i wielkie kryzysy?  Dobiegając do punktu odżywczego nie mogę się doczekać spotkania z Tatą, chcę mu opowiedzieć o wszystkich moich przeżyciach od Rytra. Takie wsparcie psychiczne naprawdę bardzo bardzo dużo pomaga! Jednak go tam nie ma... No tak, myślę, dobiegłam za szybko! Mój czas to 7:21, a nie zakładane 8 godzin. Teoretycznie mam szansę na 11 godzin i srebrny medal w Mistrzostwach Polski.

Z tyłu głowy kołacze się jednak myśl, że przede mną jeszcze 4 albo ponad 4 godziny biegu. Maraton górski. Ta myśl zaczyna mnie przerażać. Można sobie chwilowo podbudować nastrój przez fajną pogawędką ze współbiegaczami, ale ostatecznie zostaje się samemu ze sobą i samemu trzeba dobiec do mety, całe 34 km.

W punkcie, otoczona kamerami i obiektywami, szybko zabieram swój ekwipunek z kulkami i żelami, piję dużo i tradycyjnie nawet nie zaglądam na zastawione pysznościami stoły, ani nie odpoczywam nawet na moment. Punkt opuszczam we względnie dobrym nastroju, zagaduję jeszcze policjantów i częstuje nadmiarem kulek (zaczęłam je już wyrzucać w drodze do Piwnicznej - nikt nie chciał się poczęstować). Moja świadomość jeszcze nie wie i nawet nie przypuszcza, że już niedługo wszystko się zmieni, a ja nie będę już tą samą osobą...

W kolejnej części: Jak przetrwać niekończący się kryzys.

Poprzednie części znajdziecie tutaj: